poniedziałek, 30 stycznia 2017

Nowa droga.

W grudniu przez dwa tygodnie przed świętami ćwiczyłam swoją wolę w unikaniu produktów z mąką pszenną zarówno w domu jak i w pracy. Muszę przyznać, że wyzwanie okazało się trudniejsze niż zakładałam. Mąka pszenna jest obecna wszędzie, a nawet ukryta w produktach w których teoretycznie nie powinna się znajdować. W każdym razie przez dwa tygodnie nie jadłam chleba, bułek, makaronów, ciast i ciasteczek oraz słodyczy. Zaznaczam od razu, że eksperyment dotyczył tylko mnie. Chłopcy chodzą do przedszkola gdzie nie mam możliwości kontrolować tego co spożywają w ciągu dnia. Ja mam ster dowodzenia w domu. Podobnie z L. L. jest wystarczająco duży aby zadbać o siebie sam. Choć jak sam przyznał, kilka razy zdarzyło mu się zboczyć z postanowienia właśnie w pracy. Dużo łatwiej jest spożyć posiłek w zakładowej stołówce niż przygotowywać go dzień wcześniej.
Powinnam także dodać, że ograniczenie dotyczyło tylko pszenicy. W domu przygotowywałam pieczywo, naleśniki i gofry z mąki jęczmiennej lub orkiszowej. Moim celem nie było wyeliminowanie glutenu.

Przerwę mieliśmy w święta. Po czym wróciliśmy do "zdrowszego"  sposobu odżywiania po Nowym Roku, aby ponownie zrobić sobie trochę wymuszoną urlopem przerwę. Pierwsze trzy tygodnie spożywaliśmy zdecydowanie więcej warzyw niż produktów mięsnych
 I właśnie w trakcie tej ostatniej przerwy mogłam doświadczyć "negatywnych" konsekwencji spożycia nadmiernej ilości pszenicy jak i mięsa. Już po pierwszym dniu urlopowego "szaleństwa" w Gdańskich restauracjach mój żołądek zaczął odmawiać współpracy. Powróciło uczucie wypełnienia i ciężkości. Pojawiło się wzdęcie a także zaparcia jak i brzydkie zapachy.

Na szczęście od wczoraj jesteśmy już domu. Lodówka uzupełniona o świeże warzywa, na blacie kuchennym leżakują owoce. Wczoraj ponownie zaplanowałam menu na cały tydzień - bezmięsne i bez pszenicy. Dzisiaj przygotowałam rewelacyjne kotlety ze słodkiego ziemniaka i kalafiora według przepisy z książki Jaglany detoks. Książkę zakupiłam po lekturze bloga, który poleciła mi koleżanka. Muszę przyznać, że zakup okazał się strzałem w 10, choć książka mogłaby zawierać trochę więcej przepisów.

Dzisiaj ponownie podejmuje wyzwanie: kuchni bez pszenicy. Już wiem, że wymaga to pewnego zaangażowania między innymi: uważnego czytania etykiet, planowania posiłków tak aby jak najmniej produktów się marnowało oraz czasu. Nie ukrywam. Zdrowe odżywianie wymaga czasu, zarówno podczas zakupów jak i w domu. Dla mnie to akurat najmniejszy problem. Uwielbiam gotować i czas spędzony w kuchni to przyjemność. Natomiast zakupy to działka L., który jest w tym zdecydowanie lepszy ode mnie.

W najbliższym czasie prezentować będą Wam przepyszne przepisy bez pszenicy. Wszystkie sprawdzone i wypróbowane oczywiście.